haul październikowy

przypominam, że jeszcze przez niecały miesiąc można zgłaszać się do rozdania, które przesunęłam do 20 listopada!

dzisiaj przychodzę do Was z mini zakupami :)
chciałam powiedzieć, że jest mi bardzo miło, gdyż jednak część z Was czyta moje notki (test w poprzednim poście). niezmiernie mnie to cieszy, że doceniacie trud włożony w prowadzenie tego bloga. dziękuję :D

Palmolive, Alverde, Balea - dostałam z Niemiec za biedronkowskie micele.
na bloker z ziaji skusiłam się po przeczytaniu recenzji na jednym z blogów.



a teraz przechodzę do ciuszków. kupiłam je dzisiaj w sh :)

 jasne rurki na gumce, bardzo mi się spodobały. wyglądają na baardzo malutkie, ale chciałam je mieć. w przymierzalni okazały się idealne.
 zwykła, szara, rękaw 3/4
 zwykła, gładka bluzka, kolor mi się spodobał ;p
sweterek z numerem 23. 

byłam wczoraj u fryzjera, ścięłam włosy, teraz wyglądają tak:
jeszcze nie mogę się przyzwyczaić do krótkich, ale myślę, że jest lepiej.

a jak Wasze zakupy? ja czekam jeszcze na podkład Revlon z mintishop
w następnej notce recenzja drożdżowej maseczki na porost włosów, Receptury babuszki Agafii.
trzymajcie się :)

Green Pharmacy szampon do włosów suchych

dzisiaj opowiem Wam o szamponie, przez którego się baaardzo denerwowałam. czy w końcu się polubiliśmy? 




jak już pisałam przy recenzji żelu - miałam duuuuże oczekiwania co do firmy. niestety tutaj też się zawiodłam...
pierwsze mycie - tak na szybko, nie zwróciłam uwagi czy wypadło mi więcej włosów niż zwykle, nałożyłam też odżywkę z head&schoulders (dlatego włosy rozczesałam w miarę łatwo), wysuszyłam i leciałam na zakupy. zapach bardzo mi się podoba. zdaję sobie sprawę, że wielu osobom może przeszkadzać, jednak dla mnie jest ciekawy. stałam na przystanku i oglądałam włosy i byłam zachwycona, że tak lśniły. jednak samo mycie było dziwnym procesem. po pierwsze dziwi mnie, że na opakowaniu pisze, że trzeba umyć włosy dwa razy, ale okej. przy pierwszym "wcieraniu" zdenerwowało mnie, że tak słabo się pieni, no chyba, że wyleję bardzo dużą ilość, co nie jest plusem. po spłukaniu czułam, że dotykałam siano. konkretnie miałam takie szorstkie włosy... powtórne mycie tego nie zmieniło. no, ale przecież lśniły. 
przy kolejnych myciach zaczęłam go sprawdzać na różne sposoby, z różnymi odżywkami, bez odżywek, z maską. i jakie były efekty? otóż efekty były marne.
drugie mycie wspominam najgorzej, nie nałożyłam żadnej odżywki, bo podobno "ułatwia czesanie i stylizację". PODOBNO, bo ja się nie doczekałam, mianowicie miałam wrażenie, że wypadły mi wszystkie włosy. (chcę wiedzieć, czy czytasz moje notki, jeśli tak to na końcu komentarza wstaw wykrzyknik) pierwszy raz wypadło ich tyle na raz. i to nie tylko przy czesaniu, przy samym myciu, spłukiwaniu... szorstkość pozostała. blask również.
następny wariant to odżywka z Avonu maroccan oil, drożdżowa maseczka babuszki agafii, jakaś zielona odżywka z garniera (próbka, nie pamiętam jak się nazywała). no i co prawda włosów wypada już mniej, ale jednak nadal dużo, nie wiem czy to kwestia tego szamponu czy też jesieni. jednak została mi 1/3 butelki i raczej niechętnie po niego sięgnę ponownie. 
wybaczcie, na składzie się nie znam, ale brak parabenów, slsów itd brzmi dobrze i może dlatego miałam takie wymagania. 
oczywiście są plusy, włosy pięknie lśnią, ale cóż z tego, skoro możliwe, że przy dłuższym stosowaniu nie miałoby co mi lśnić ;p.

kochane, czy któraś z Was ma pustą buteleczkę z pompką? (albo samą pompkę z zamknięciem) wymiary takie, jak ma serum do włosów z AVONU 30ml. otóż czekam na podkład Revlon CS, a wiem, że ta pompka tam pasuje ;p.

cukierkowy peeling Balei

cześć :*
jak łatwo można się zawieść na bliskiej osobie...
i przy okazji, tworzę plan doskonały na zlikwidowanie takiej jednej. może pomożecie?
nie będę przedłużać, przechodzę do recenzji :)

Balea, dusch peeling Buttermilk&Lemon, edycja limitowana.




pierwsze co mnie zachwyciło w tym peelingu to zapach. pachnie takimi cukiereczkami, które jadłam w dzieciństwie. to mnie w nim uwiodło. nie wiem jaka jest jego cena, ponieważ dostałam go od znajomej mamy, która jeździ do Niemiec. moim zdaniem w ogóle nie jest wydajny, jak już wspominałam, ja lubię czuć takie kosmetyki na sobie, a gdybym miała regularnie co dwa dni peelingować nim całe ciało, to dwa tygodnie i po nim. posiada właściwości myjące i dobrze się pieni, dzięki czemu można go spokojnie stosować zamiast zwykłych żeli pod prysznic. dobra,wróćmy do zapachu, pięęęęęęknie roznosi się po całej łazience, a na ciele nie zostaje dłużej niż godzina. ale jaka to piękna godzina... :D. konsystencja bardzo mi odpowiada, nie spływa po ciele. kolor jest taki maślany, zawiera w sobie niebieskie, czerwone i pomarańczowe drobinki ścierające oraz drobniejsze przezroczyste. te kolorowe rozpuszczają się. ogólnie peeling nie jest dobrym zdzierakiem, zdecydowanie wolę mocniejsze doznania. ale cały ten zapach wszystko mi wynagradza.

Apis, kremowy żel pod prysznic z miodem i kozim mlekiem

cześć kochani :*
nie wiem co się dzieje. kiedyś chorowałam dwa razy do roku maksimum, a teraz jestem chora po raz kolejny... muszę się mocno kurować, bo następnego tygodnia już nie mogę opuścić...
ostatnio zamawiałam na sweetdecor opłatek jadalny na tort z Autami dla siostrzeńca,
a przy okazji zamówiłam sobie kolorowe galaretki :D.
zrobiłam deserki z bitą śmietaną, startą czekoladą :) ta niebieska mi nie smakowała, ale reszta jak najbardziej ok :).

miłą niespodzianką dzisiaj była paczuszka od Paczajki za aktywność na jej blogu. dziękuję kochana :* zawartość baaaaardzo mi się podoba :D. o, właśnie zauważyłam, że gdzieś mi umknął błyszczyk z Marizy, nie wiem jak to się stało ;p

 a teraz przechodzę do dzisiejszej recenzji :)

żel dostałam na spotkaniu blogerek.
bardzo się cieszyłam, gdyż uwielbiam kosmetyki z miodem. 
przy pierwszym użyciu zapach mnie odrzucił, ale nie dałam tak łatwo za wygraną i teraz nie wyobrażam sobie kąpieli bez tego żelu.
jedyną wadą jest otwarcie. ciężko mi go otworzyć pod prysznicem i tak, jestem kaleką, rozcięłam sobie palca przez te otwieranie.
co do zapewnień producenta... no intensywne nawilżenie to na pewno nie było, ale nie mogę powiedzieć, że wcale nie nawilża, bo robi to lekko. po kąpieli czuję na sobie jeszcze aromat przez jakieś pół godzinki, po czym ulatnia się gdzieś, a szkoda ;c.
napisy na etykiecie zaczynają pomału się zdzierać.
zostało mi jeszcze trochę ponad pół opakowania więc wydajność jest dobra, a uwierzcie, że ja bardzo dużo wylewam na raz specyfików do kąpieli. pieni się bardzo dobre. i serio, uwielbiam ten zapach i chciałabym się w nim kąpać całe życie :D.
nie wiem jak z dostępnością, rzadko rozglądam się za takimi kosmetykami w drogeriach, ale szczerze mówiąc nie przypominam sobie, żebym go gdziekolwiek widziała.

a Wy? miałyście już jakiś żel tej firmy? jak doświadczenia? :)

żel do mycia twarzy Green Pharmacy

cześć kochani :*
dzisiaj już pierwsza recenzja upominku ze spotkania blogerek. a czemu tak szybko? dowiecie się niżej.

Green Pharmacy - delikatny żel do mycia twarzy z zieloną herbatą dla mieszanej i tłustej skóry.


zapach jest taki hm... nie bardzo mi podszedł, ale da się przeżyć.
konsystencja - żelowa, jak to w żelu... ;p
wydajność... no po trzech użyciach ciężko mi stwierdzić, no, ale chyba jest duża, bo jedno naciśnięcie pompką starcza mi na umycie całej twarzy.
nie mogę nic więcej o nim powiedzieć...
co do działania... jak już wspomniałam żel użyłam tylko 3 razy, ponieważ po każdym użyciu moja twarz miała czerwone plamki i wychodziły mi krostki.
dlatego już więcej go nie kupię, a resztę żelu oddam przyjaciółce, może u niej się sprawdzi.
szczerze, to jestem trochę zawiedziona, bo miałam pewne nadzieje co do produktów tej firmy, a szampon, który dostaliśmy nie polubił się z moimi włosami, ale jeszcze go testuję na inne sposoby, mam nadzieję, że nie stracę wszystkich włosów. olejku jeszcze nie użyłam, bo nie za bardzo mam czas.
a już niedługo haul zakupowy, mini kosmetyczny i maksi ciuszkowy ;p
zapraszam was na rozdanie w poprzedniej notce. w pasku bocznym po prawej stronie macie obrazek, który po kliknięciu przekieruje was do notki rozdaniowej.
trzymajcie się kochani :*